INAUGURACJA 75. SEZONU ARTYSTYCZNEGO FILHARMONII WARMIŃSKO-MAZURSKIEJ Z UDZIAŁEM LESZKA MOŻDŻERA

75. jubileuszowy sezon artystyczny Filharmonii rozpocznie się wydarzeniem z udziałem wielkiej gwiazdy – Leszka Możdżera. Już 1 października o godz. 19:00 usłyszymy tego wspaniałego pianistę z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej pod dyrekcją Piotra Sułkowskiego. Ze względu na ograniczoną o połowę liczbę miejsc na widowni – koncert zostanie powtórzony  3 października o godz. 18:00.

 

Rozpoczęcie koncertu uwerturą do oratorium „Powrót syna marnotrawnego” Feliksa Nowowiejskiego jest symbolicznym ukłonem w stronę patrona Filharmonii i wstępem do promocji płyty z całością dzieła, nad którą pracowali w ostatnim czasie olsztyńscy filharmonicy, a która zostanie wydana w przyszłym roku.

Wykonawcy:

Leszek Możdżer – fortepian
Piotr Sułkowski – dyrygent
Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej

Program:
Feliks Nowowiejski – Uwertura do Oratorium „Powrót syna marnotrawnego”
George Gershwin – Błękitna rapsodia
Henryk Mikołaj Górecki – Koncert na klawesyn (lub fortepian) i orkiestrę smyczkową op. 40  

Uwertura do oratorium Powrót syna marnotrawnego Feliksa Nowowiejskiego, utworu komponowanego w Berlinie w 1901 roku, urzeka bogactwem melodycznym, bogatą kolorystycznie orkiestracją i późnoromantycznym rozmachem. Jak w swojej książce o warmińskim kompozytorze pisał Marcin Gmys, należałoby do niej zastosować niemiecki, ukuty przez Wagnera termin Vorspiel: „W przypadku tego rozbudowanego utworu nie mamy bowiem do czynienia ze zwykłą składanką motywów, które potem będą się przewijać przez dzieło, lecz spójną opowieścią, poniekąd stanowiącą streszczenie całej, rozbudowanej kompozycji”. W utworze odnajdziemy echa Berlioza i Wagnera, wyłaniają się również motywy przewodnie: akordy grane przez fagoty, kontrafagot, blachę z tłumikami, smyczki i organy symbolizują surową postać biblijnego Ojca, natomiast wiolonczele i altówki grają melancholijny temat Syna.

Leszek Możdżer, zapytany o swoją wieloletnią relację z Koncertem na klawesyn (lub fortepian) op. 40  Henryka Mikołaja Góreckiego przyznał, że po raz pierwszy zagrał go jeszcze jako nastolatek, w latach osiemdziesiątych, na klawesynie. Pianista dodał jednak, że wykonanie na fortepianie jest dużo bardziej forsowne fizycznie: „Dopiero po kilku latach wykonywania jestem w stanie wytrzymać ten utwór kondycyjnie – wcześniej po każdym jego zagraniu byłem tak wyczerpany, że po prostu lądowałem w łóżku”, powiedział Możdżer. Wydawać by się mogło, że zaledwie dziewięciominutowy utwór nie może nastręczać soliście aż takich trudności, a jednak gdy tylko porwie nas szaleńcza, motoryczna energia, zrozumiemy i usłyszymy, że siłą napędzającą dzieło jest fortepian (lub klawesyn, łatwiejszy dla wykonawcy pod względem artykulacyjnym) potraktowany jak instrument perkusyjny. „Po latach ćwiczeń udaje mi się wykonać Koncert nawet trzy razy dziennie i nawet jestem potem w stanie podnieść filiżankę herbaty! To właściwie muzyka techno”. Utwór, powstały w 1980 roku na zamówienie Polskiego Radia, z inicjatywy Andrzeja Chłopeckiego, dedykowany jest wybitnej klawesynistce Elżbiecie Chojnackiej. Dwuczęściowe dzieło niewielkich rozmiarów według słów samego Góreckiego stanowi swego rodzaju „wybryk” w jego twórczości: utwór instrumentalny o iście diabelskiej energii w katalogu dzieł kompozytora okolony jest dziełami wokalno-instrumentalnymi o charakterze religijnym. Repetytywność, uparta motoryka nawiązująca odlegle do estetyki muzyki góralskiej – wszystko to czyni z Koncertu utwór niezwykle efektownym i atrakcyjnym dla słuchacza. Jako kontrapunkt dla zachwytów publiczności warto przypomnieć, co pisała muzykolożka Małgorzata Gąsiorowska po usłyszeniu dzieła na Warszawskiej Jesieni w 1981 roku: „Cóż niesie ta muzyka? Z jednej strony nieustępliwy, tym razem przyspieszony puls, jakieś wyzwanie rzucone kunsztownym «arabeskom dźwiękowym», z drugiej rodzi niewątpliwie pytania w duchu gabinetowych rozważań muzykologów. Dokąd zmierza Górecki ze swymi «dwoma akordami na krzyż»? Z maksymalnym uproszczeniem faktury? Ze swoją quasi-bachowską,  tonalną pląsawicą, okraszoną już to «wierchową», już to «dziadowską» nutą smyczków?”.

Najsłynniejszy (obok kołysanki Summertime z opery Porgy & Bess) utwór George’a Gershwina powinien w języku polskim nosić tytuł raczej „bluesowej” niż „błękitnej” rapsodii, gdyż do bluesa właśnie nawiązuje (choć oczywiście z tym przedziwnym, smętnym nastrojem kolor niebieski jest kojarzony również w naszym kręgu kulturowym). Gershwin rozpoczynał swoją karierę jako twórca broadwayowskich piosenek, jednak w latach dwudziestych i trzydziestych rozpoczął karierę kompozytora muzyki poważnej. Zawsze jednak wplatał elementy jazzu, bluesa i muzyki popularnej do swoich kompozycji. Ikoniczna Błękitna rapsodia powstała w 1924 roku w ciągu zaledwie pięciu tygodni. Pewnego dnia Gershwin ze zdumieniem przeczytał w gazecie, że lider orkiestry jazzowej Paul Whiteman niebawem zagra jego, Gershwina, nowy „jazzowy koncert fortepianowy”. Kompozytor nic o tym nie wiedział, skontaktował się jednak z Whitemanem i zdążył ukończyć utwór przed spodziewanym terminem koncertu. Powstał jeden z najbardziej amerykańskich utworów w historii, wykorzystywany w setkach filmów – być może najbardziej znanym przykładem jest tu początkowa scena Manhattanu Woody’ego Allena z 1979 roku. Rozpoczynające dzieło słynne glissando na klarnecie nie znajdowało się w oryginalnej wersji utworu: Gershwin dodał je, kiedy usłyszał ćwiczącego między próbami klarnecistę Rossa Gormana. Partia fortepianu naśladuje swobodną jazzową improwizację, choć wszystko jest tu perfekcyjnie dopracowane. Warto po raz kolejny dać się porwać nonszalanckiemu nastrojowi tego najbardziej nowojorskiego dzieła wszech czasów.

Post Author: Marzena Matuszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *